Cena Dzielności..

Cena Dzielności..
Dziennik Niewidzialnej

Jest coś okrutnego w słowach:
„Jesteś taka silna.”

Ludzie mówią to z podziwem.
Z ulgą.
Czasem z zachwytem.

A ja za każdym razem czuję, jakby ktoś przypinał mi medal do piersi w chwili, kiedy ja właśnie zsuwam się po ścianie.

Bo ja nie czuję się silna.
Ja czuję się jak ktoś, kto trzyma dach nad głową gołymi rękami i modli się, żeby nikt nie zauważył, że ręce już drżą.

Podziw bywa wygodny.
Skoro jestem „dzielna”, to znaczy, że sobie radzę.
Skoro sobie radzę, to znaczy, że nie trzeba mnie łapać.

A ja rozpadałam się już tyle razy w ciszy łazienki, że mogłabym napisać o tym osobny rozdział.

Prawo do bólu

Choroba męża nie unieważnia mojego cierpienia.

To, że jego mózg został uszkodzony, nie sprawia, że słowa przestają ranić.

„Nie wpierdalaj się.”
„Wypierdalaj.”

To boli tak samo.
Niezależnie od tego, czy mówi to zdrowy mężczyzna, czy uszkodzony płat czołowy.

Rozumiem mechanizm.
Rozumiem neurobiologię.
Rozumiem, że agresja może być objawem.

Ale zrozumienie nie działa jak znieczulenie.

Ciało nie analizuje przyczyn.
Ciało reaguje.

Ucisk w klatce piersiowej.
Zimne ręce.
To uczucie, że nagle znikam.

Mam prawo do tego bólu.
Nie jestem gorszą żoną dlatego, że mnie to rani.
Nie jestem mniej empatyczna dlatego, że czasem mam dość.

„Musisz o siebie zadbać”

Jest jeszcze jedno zdanie, które słyszę często:
„Musisz o siebie zadbać. Jak Ty padniesz, to cały system padnie.”

Jakbym tego nie wiedziała.

Ja wiem lepiej niż ktokolwiek, że jestem filarem.
Czuję to w kręgosłupie. W napięciu. W bezsenności.
W tym, że nie mam prawa się rozsypać, bo nie ma zmiennika.

To zdanie brzmi jak troska.
Ale często jest przerzuceniem odpowiedzialności.

Bo za nim nie idzie:
„Wezmę dziecko w niedzielę.”
„Zrobię zakupy.”
„Usiądź. Ja ogarnę.”

Idzie rada.

A ja nie potrzebuję rady.
Potrzebuję realnego odciążenia.

„Zadbaj o siebie” w świecie opiekuna brzmi czasem jak:
„Zorganizuj sobie jeszcze siłę, której już nie masz.”

Znikające ciało

Schudłam.

Nie dlatego, że chciałam.
Nie dlatego, że „wzięłam się za siebie”.
Nie dlatego, że odkryłam dietę cud.

Schudłam, bo organizm przestał mieć przestrzeń na coś poza przetrwaniem.

To nie jest metamorfoza.
To jest spalanie.

Kości bioder czuję wyraźniej niż kiedyś.
Ubrania wiszą inaczej.
Siadam i mam wrażenie, że siedzę na szkielecie, nie na sobie.

Opiekun też ma ciało.
Tylko nikt go nie widzi.

Widzą chorego.
Widzą dramat.
Widzą historię.

Nie widzą kilogramów, które znikają po cichu.
Nie widzą bezsenności.
Nie widzą tego zimna, które przychodzi nagle w południe i każe się położyć, choć świat dalej wymaga działania.

To nie jest „siła”.
To jest koszt.

Funkcja

Zaczynam mieć wrażenie, że nie jestem już człowiekiem.
Jestem funkcją.

Funkcja: żona-opiekunka.
Funkcja: matka.
Funkcja: ta, która ogarnia lekarzy.
Funkcja: ta, która pamięta o lekach.
Funkcja: ta, która pisze pisma.
Funkcja: ta, która „jest silna”.

Pytają, czy wszystko załatwione.
Czy był telefon.
Czy są wyniki.
Czy zapłacone.
Czy dziecko odrobione.
Czy mąż nakarmiony.

System działa.
Czyli funkcja spełniona.

Tylko że ja nie jestem systemem.

Jestem kobietą, która czasem chce, żeby ktoś zobaczył jej zmęczoną twarz.
Żeby ktoś zapytał nie o procedury, tylko o serce.
Nie o logistykę, tylko o ból.

Nie chcę medalu.
Nie chcę rad.

Chcę być zauważona.

Bo nawet najsilniejsza funkcja
ma ciało.
I ma granice.

A ja dziś czuję, że coraz bardziej gniecie mnie moja niewidoczność.

I to też jest prawda..

Read more