Mandarynka o dwudziestej..
Dziś zjadłam śniadanie.
To zdanie brzmi jak nic.
Ale dla mnie, to był akt odwagi.
Bo moje ciało od miesięcy nie pamięta, co to regularny posiłek.
Bo ja od miesięcy nie pamiętam, że mam ciało.
Zjadłam śniadanie i zwymiotowałam.
Organizm się przestraszył.
Nie był przyzwyczajony.
Dziś rano lekarz powiedział mi, że wyglądam coraz gorzej.
Nie mąż.
Nie rodzina.
Lekarz.
Ten, który widuje mnie tylko przy okazji wizyt w sprawie męża.
Pomyślałam wtedy:
trzeba być już naprawdę niewidoczną,
żeby ktoś zauważył Cię dopiero wtedy,
gdy zaczynasz znikać fizycznie.
Wyniki wróciły po południu.
HbA1c poniżej normy.
Kwas foliowy przy podłodze.
Laboratoryjny dowód, że przez ostatnie miesiące
moje ciało miało chronicznie za mało.
Za mało jedzenia.
Za mało odpoczynku.
Za mało wszystkiego.
Liczby potwierdziły to, co czułam,
ale nie miałam czasu czuć.
Między śniadaniem a wynikami
byłam u ordynatora.
Walczyłam o kask dla męża.
Usłyszałam, że kask to tylko ochrona przed upadkiem.
Wróciłam do domu.
Szukałam firm.
Dzwoniłam.
Pisałam.
Czytałam badania.
Tak jak zawsze.
Jest dwudziesta.
Siedzę i jem mandarynkę.
Jedną mandarynkę.
Po całym dniu, w którym walczyłam o jego mózg,
o jego kask,
o jego jutro.
I dopiero teraz, przy tej mandarynce,
przypomniałam sobie, że też tu jestem.
Nikt mi jej nie przyniósł.
Nikt nie powiedział: „zjedz coś”.
Sama sięgnęłam.
I to jest mój sukces na dziś.
Nie pismo do ordynatora.
Nie literatura naukowa.
Nie wyniki.
Mandarynka o dwudziestej.
Jeśli też siedzisz gdzieś z czymś małym,
herbatą, kawałkiem chleba, jednym głębszym oddechem-
to wiem, jak smakuje ten moment.
I wiem, że to wystarczy na dziś..