Są dni, kiedy jestem na niego wściekła..
Nikt nie mówi, że będziesz zła.
Mówią:
bądź silna, cierpliwa, wspierająca.
Mówią:
to proces, to czas, to rehabilitacja.
Nie mówią, co zrobić,
kiedy patrzysz na człowieka, którego kochasz
i masz ochotę wyjść i nie wrócić na chwilę.
Są dni, kiedy jestem na niego wściekła.
Nie dlatego, że go nie kocham.
Tylko dlatego, że ja już nie mam z czego dawać.
Ja jestem sprinterem.
Ja działam szybko.
Wchodzę, robię, rozwiązuję.
A tu nie ma „zrób i będzie efekt”.
Tu jest:
rób, rób, rób…
i może kiedyś coś drgnie.
Albo nie.
Wypruwam sobie flaki.
I nic nie wraca.
Nie ma zwrotu.
Nie ma „dobrze robisz”.
Nie ma poczucia, że to ma sens.
Jest tylko zmęczenie.
Najgorsze?
Brak sprawczości.
To mnie niszczy najbardziej.
Bo ja jestem z tych ludzi,
którzy żyją sprawczością.
A tutaj jestem nikim.
Stoję obok.
Patrzę.
I nie potrafię pomóc.
On mówi: „nie chcę”.
A ja w środku krzyczę.
Bo wiem, ile to kosztuje.
Bo wiem, ile to może zmienić.
Bo wiem, że to jedyna droga.
I jednocześnie wiem.
To nie jest jego „nie chcę”.
To jest jego mózg.
Uszkodzony.
Zmęczony.
Bez napędu.
I to jest moment,
w którym pękam.
Bo rozum wie jedno.
A emocje drugie.
Ja go kocham.
Ale są dni, kiedy jestem na niego wściekła.
I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć,
że to nie czyni mnie złą żoną.
To czyni mnie człowiekiem..